Przybywa sygnałów końca kryzysu w największej gospodarce świata. Amerykanie chętnie kupują domy na najtańszy w historii kredyt, coraz łatwiej im znaleźć pracę, inflacja trzymana jest w ryzach
Gospodarka zaczyna swym zachowaniem przypominać rosyjską wańkę-wstańkę. Kilka miesięcy temu, po pierwszej w historii obniżce ratingu przez Standard & Poor's, wydawało się, że nadszedł definitywny koniec amerykańskiego snu o światowej potędze gospodarczej. Pod znakiem zapytania stanęła wiarygodność amerykańskich obligacji i dolara walczącego o utrzymanie pozycji światowej waluty rezerwowej.
Jednak ostatnie wieści z Ameryki są nader budujące. Przede wszystkim ruszyła koniunktura na rynku , gdzie od 2007 r. ceny domów spadały na łeb na szyję, banki odbierały je zadłużonym klientom, demolując im przy okazji historię kredytową. Można spotkać się z teorią, że kryzys powinien zakończyć się dokładnie tam, gdzie miał swój początek, czyli w nieruchomościach. Jeśli to prawda, to wieści z rynku nieruchomości można uznać za dobry prognostyk. Liczba nowych budów w USA w listopadzie przebiła oczekiwania analityków i podskoczyła aż o 9,3 proc., osiągając najwyższy poziom od kwietnia 2010 r. Z kolei liczba pozwoleń na budowę była najwyższa od marca 2010 r. Zważywszy na długość cyklu budowlanego, ten ostatni wskaźnik jest rodzajem barometru koniunktury za rok-półtora. Zatem skoro Amerykanie garną się do ryzykowania i budowania nowych domów, to znaczy, że znowu optymistycznie widzą przyszłość gospodarki. Po raz drugi z rzędu urósł w listopadzie wskaźnik Conference Board, który również sygnalizuje rosnący optymizm.
Ożywienie widać po danych makro. Według ostatecznych obliczeń Departamentu Handlu USA wzrost gospodarczy w III kwartale sięgnął 1,8 proc. To mniej o 0,2 pkt proc., niż mówiły wstępne dane, ale i tak zasadnicza poprawa w porównaniu z II kwartałem, kiedy PKB drgnęło jedynie 1,3 proc. w górę. Co więcej, część ekonomistów wyznaje pogląd, że gospodarka USA dopiero się wyraźnie rozpędza i w ostatnim kwartale tego roku wzrost może sięgnąć nawet 3 proc. Kluczem do osiągnięcia takiego wyniku jest konsumpcja.
I tu są optymistyczne wiadomości. Amerykańscy konsumenci, którzy w dwóch trzecich decydują o zmianie PKB, mają już chyba serdecznie dość kryzysu. Grudniowy indeks Uniwersytetu Michigan, obrazujący nastroje amerykańskich konsumentów, urósł bardziej, niż prognozowano - z 64,1 do 69,9 pkt - i jest na najwyższym poziomie od pół roku. Lęk Amerykanów przed utratą pracy zaczyna ustępować. Kryzys finansowy i najgłębsza recesja od Wielkiego Kryzysu XX wieku kosztowała gospodarkę wiele milionów miejsc pracy. Teraz firmy chętniej zatrudniają. W połowie grudnia liczba osób ubiegających się po raz pierwszy o zasiłek spadła do poziomu nienotowanego od kwietnia 2008 r. W listopadzie wreszcie w dół ruszyła stopa bezrobocia. Bez pracy pozostaje 8,6 proc. Amerykanów, co jest najlepszym wynikiem od dwu i pół roku. To nadal bardzo wysoki poziom, bo Amerykanie byli przez lata przyzwyczajeni do bezrobocia oscylującego wokół 5 proc. Walka z bezrobociem jest jednym z celów prezydenta Baracka Obamy, ale przez blisko trzy lata przynosiła słabe . Jeśli zainicjowana poprawa na rynku pracy utrzyma się do przyszłorocznych wyborów, to szanse na reelekcję Omy mocno wzrosną.
Gospodarka amerykańska wraca na ścieżkę wzrostu, bo Fed zrobił wiele, aby kredyt był jak najtańszy i jak najbardziej dostępny. Przez ponad dwa lata dodrukował 2,3 bln dol., za które odkupił rządowe obligacje od banków. Pieniądze poszły częściowo na akcję kredytową dla firm i klientów indywidualnych. Aby maksymalnie potaniały pożyczki hipoteczne, prowadzona jest tzw. operacja twist. Polega ona na tym, że Fed sprzedaje krótkoterminowe obligacje, a skupuje długoterminowe. W ten sposób obniża rentowność tych ostatnich, które służą bankom komercyjnym za wyznacznik cen pożyczek hipotecznych.
Efekt? Przeciętne oprocentowanie 30-letniego kredytu hipotecznego spadło przed świętami do najniższego w historii poziomu 3,91 proc. Pieniądze na 15 lat można także pożyczyć rekordowo tanio - już na 3,21 proc.
Stopy procentowe Fed są utrzymywane na najniższym w historii poziomie 0-0,25 proc., czyli w praktyce kredyt jest za darmo. Skoro bowiem inflacja wynosi nieco powyżej 3 proc., to realne stopy procentowe są ujemne. Fed zapewnia, że chce utrzymać zerowe stopy bardzo długo, być może nawet do połowy 2013 r. Nie boi się inflacji, bo mimo kasandrycznych przepowiedni gigantyczny dodruk dolarów wcale nie podniósł mocno cen.
Poprawa kondycji gospodarki nie uchodzi uwadze inwestorów giełdowych. Dlatego coraz odważniej kupują oni akcje na Wall Street. W ciągu ostatniego roku nowojorski indeks Dow Jones zyskał 5 proc. Wyraźnie kontrastuje to z silnymi spadkami w pogrążonej w kryzysie zadłużenia Europie, gdzie wskaźniki dojrzałych rynków są w skali roku na minusie z grubsza 20 proc. Dolar również odzyskuje swoją moc, bo odrobił całkowicie całoroczne straty względem euro. Obecnie euro kosztuje tylko ok. 1,31 dol., choć w kwietniu płacono nawet blisko 1,50 dol.
Optymistyczny obraz przyszłości gospodarki USA psuje obawa, że jeśli Europa nie poradzi sobie z kryzysem, to zainfekuje nim cały świat. Czyli zrobi dokładnie to, co zrobiła Ameryka po upadku Lehman Brothers w 2008 r. Dlatego Ameryka tak trzęsie się o Europę, namawia do dodruku euro, bojąc się, że globalna recesja wszystkim odbiłaby się czkawką i pogrzebałaby szanse na dobrą koniunkturę w 2012 r.